IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Klif nad jeziorem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
NARRATOR
avatar


   
   
Klif nad jeziorem

   

Miejsce z charakterystycznym klifem, wybierane przez śmiałków pragnących nieco adrenaliny. Miejsce niewidoczne z plaży, poza zasięgiem wzroku ratownika.
WILDBIRD
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
POMOC MISTRZA GRY
avatar
Alicja zaczynała dzisiaj popołudniową zmianę, dlatego pozwoliła sobie na spędzenie dnia na świeżym powietrzu. W domu czekała na nią marudząca matka, która w kółko oglądała puszczane w telewizji powtórki Mody na Sukces. Nie chcąc się zakisić w czterech ścianach, ubrała strój kąpielowy, zapakowała potrzebne rekwizyty i ruszyła nad jezioro licząc, że po drodze pozna kogoś interesującego. Tak właściwie to chciała popytać o nowych gości w ośrodku, a w szczególności o jednego, który skradł jej serce kilka miesięcy temu. Głupia była i zapomniała wziąć od niego adres, albo chociaż numer telefonu! Poprawiając torbę na ramieniu kupioną z gazetą za jednego dolara przeszła przez teren ośrodka jak rasowa panna na wydaniu strzelając powłóczystymi spojrzeniami w stronę każdego kto nie był za młody ani za stary. Idąc przez chaszcze minęła awanturujących się plażowiczów, chichocząc pod nosem z płaskiego tyłka ratowniczki po czym wspięła się na klif, gdzie już ktoś był. Alice zadarła głowę wysoko zamierzając pokazać nieznajomej gdzie jest jej miejsce. Przez chwilę myślała, że to młoda Belardo, ale ta nie miała tak pulchnego ciałka, chyba, że się biedaczce przytyło. Na tą myśl również zachichotała ale w myślach. Sama szczyciła się  szczupłą sylwetką. Pociągnęła okulary przeciwsłoneczne w górę na głowę po czym rozłożyła się na ręczniku przy Anabelle. Nowa twarz. Świeżynka. 
- Totalna dziura, co nie? - zagadnęła przyjmując pozę do słoneczka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t79-npc-alice-maxwell#144
Gość
Gość
Na klifie pojawiła się z podobnych powodów. Nie mogła wytrzymać w towrzystwie braci, rodziców i tej suki… O ile siedmioletniego potrafiła jakość znieść, o tyle starszego już nie... to nie tak, że go nie kochała. Zwyczajnie nie miała ochoty rozmawiać o jego ciężarnej lasce. 
Uznała, że najlepiej znaleźć jakieś ustronne miejsce. I wcale nie myślała o głupim, nieprzyjemnym lesie. Nie była fanką natury... zdecydowanie. 
Po chwili poszukiwań wybrała klif nad jeziorem. Idealne miejsce do odpoczynku. Trochę niebezpieczne, ale wreszcie puste. Tylko ona, słońce i telefon... idealnie.
Wcale nie spodziewała się, że przyjdzie tam taka Alice… A jednak! W pierwszej chwili jej nie zauważyła… Dopiero, gdy ta postanowiła położyć się obok uznała, że musi jakoś zareagować. Spojrzała na nią marszcząc brwi.
Zamierzała przerwać niezręczną ciszę, co Alice skutecznie uniemożliwiła. Na słowa ciemnowłosej Anabelle parsknęła śmiechem. 
- Daj spokój – odpowiedziała. W Twain harte przebywała zaledwie kilka dni, a już zdążyła je znienawidzić. Wolałaby zostać w domu… spędziłaby wakacje przed telefonem, komputerem, czy – co pożyteczniejsze – ze znajomymi. Ale nie! Rodzice ubzdurali sobie, że zjednoczą rodzinę. Szczerze wątpiła w powodzenie tego pomysłu. Byli jednak dorośli – to właśnie do nich należała ostateczna decyzja… cóż, póki co musiała zająć się rozmową z Alice. – Z własnej woli bym tu nie przyjechała – dopowiedziała szybko. Kompletnie nie wiedziała jak się zachować. Zwykle nie miała problemów z nawiązywaniem znajomości…  Maxwell była jakaś dziwna. Ciemne Włosy, sukowaty wyraz twarzy… Tutejsza „królowa”? Być może…

- Zgaduję, że tutaj mieszkasz? – spytała. Właściwie nie zabrzmiało to jak pytanie… raczej stwierdzenie.
Powrót do góry Go down
POMOC MISTRZA GRY
avatar
< BUDYNEK RECEPCJI

Ojciec udobruchany, dała mu temat do rozmyślań na resztę dnia. Pewnie zastanawiał się teraz kim jest "ta cała" Alice. Zostawiła biedaczka z niemałą konsternacją na twarzy. Z drugiej strony, miał co robić. Niby szukał jakiejś dziewczyny, która - szła o zakład - urwała się zeszłej nocy na imprezę i teraz odżałowuje kaca. Była jeszcze ta sprawa z kolesiem, który rzekomo stracił życie atakując funkcjonariusza.
Nieważne.
Zerknęła na telefon. Dopiero teraz odpisała Dianie na SMS-a, a właściwie kilka z nich. Włożyła urządzenie z powrotem do kieszeni portek i tym razem już bez ociągania przedostała się na skrzydło ośrodka. Do szczęścia były im potrzebne ręczniki z domkowych zasobów, krem do opalania i w zasadzie nic poza tym. Wcisnąwszy ręcznik pod pachę puściły się żwawym krokiem w stronę drzew, tam gdzie za parę minut powinno być jezioro. Szły linią drzew przy otwartej przestrzeni pola golfowego, potem kempingu wczasujących gości pod namiotami. Przy jeziorze było już parę osób. Nie licząc dostrzeżonych z daleka sylwetek, Ada zwróciła uwagę na trójkę ludzi przy brzegu.
Poprawiając zwinięty z ośrodka ręcznik, zaczęła się wspinać po skałach klifu. Zatrzymała się na pewnej wysokości żeby obejrzeć okolicę - przyłożyła rękę do czoła, tworząc w ten sposób swego rodzaju daszek.
Ruszyła dopiero po chwili, Diana zdążyła ją wyminąć. Nie była jeszcze na szczycie kiedy zaczęła ściągać z siebie najpierw zawiązaną w pasie koszulę, potem koszulkę z ulubionym zespołem taty. Miała przeogromną ochotę popływać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t85-adelaide-belardo
/początek

Kiedy rodzice Diany zameldowali się w recepcji i wpakował do domku swoje bagaże, dziewczyna założyła na siebie strój kąpielowy, szorty i koszulę, którą zawiązała sobie pod cyckami. Chwyciła torebkę, ręcznik i ruszyła w kierunku recepcji. Całe szczęście, że tam umówiła się z Adą, bo sama pośród tych chaszczy by się zgubiła! To nie była miejska dżungla, wśród której czuła się jak ryba w wodzie. Chociaż musiała przyznać, że nie było tutaj aż tak źle. Całkiem przyjemnie, chociaż wolała swoje San Francisco.
Przywitała się szerokim uśmiechem z Adelaidą i razem ruszyły w stronę klifów. W między czasie Diana opowiadała koleżance o pierdołach.
- Wiesz, byłam zdziwiona entuzjazmem rodziców co do przyjazdu tutaj.A ojciec jakby nigdy nic stwierdził, że odkurzy swój sprzęt wędkarski, a matka będzie miała w końcu ciszę i spokój. - zaśmiała się. Jej rodzice zawsze kojarzyli jej się z bizneslunchami, garniturem i garsonką, a tutaj takie zdziwienie.
Diana założyła okulary na nos, przerzucając sobie ręcznik na drugie ramię. Machnęła ręką, bo jej jakieś świństwo koło nosa latało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t102-diana-lockwood
POMOC MISTRZA GRY
avatar
Może ta nowa nie jest taka zła - przemknęło jej przez myśl, gdy usłyszała słowa dziewczyny. Uśmiechnęła się i to całkiem naturalnie w stronę grzejącego słońca. Zapomniała z domu wziąć krem do opalania. 
- To tak jak ja. - odparła przekrzywiając głowę w jej stronę. Oceniała? Prawdopodobnie. Mogła przez chwilę lustrować wygląd dziewczyny, który z bliska nie wyglądał tak źle. Celowo nie odpowiedziała na zadane pytanie zastępując je przyjacielskim słowem. Zamierzała grać gościa ośrodka, kogoś lepszego niż faktycznie była. Czym w końcu miała się chwalić? Im mniej szczegółów o sobie tym dłużej utrzyma ten pozór. 
- Alice. - wyciągnęła rękę do Anabelle - Skąd jesteś? 
Ciekawska była. Taka Adelaida przyjeżdżała tutaj aż z San Francisco ale byli też tu tacy, którzy pokonywali sporą odległość z Los Angeles. Można rzecz, że oblicze Maxwell nieco złagodniało i stało się łudząco miłe. Ot zwykła rówieśnica. Słysząc sapanie za plecami odwróciła się marszcząc nos. Ktoś się tu gramolił, a była pewna, że większość wybierze piaszczysty brzeg jeziora. Uniosła brwi rozpoznając Adelaide w towarzystwie nieznanego rudzielca.
- Adelaide! - zawołała - Masz krem do opalania? 
Czyż nie powinna rzucić jakiegoś hej, czołem, witaj? Lustrowała wzrokiem nowoprzybyłe. Kobieca intuicja podpowiadały dodatkowe kilogramy u Belardo i zły gust jej koleżanki, ale usta Alice wykrzywiły się w słodkim uśmiechu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t79-npc-alice-maxwell#144
Gość
Gość
Anabelle zaliczała się do grupy numer dwa. Swoje serduszko oddała Los Angeles. Urodziła się tam i nie zamierzała ów miasta opuszczać. Chciała zostać tam na zawsze… w końcu po co osiedlać się gdzie indziej?
Wiele razy opuszczała je na wakacje i inne okazje, ale… nigdy w takie denne miejsca. Jej rodzice znaleźli najcichsze i najspokojniejsze miasteczko-  idealne do rodzinnych spotkań. No jasne… Równie dobrze mogliby spędzić ten czas w ich rodzinnym domu. Możliwie najprostsze i najciekawsze rozwiązanie. Przynajmniej w oczach rozpuszczonej siedemnastolatki.
- Jestem z Los Angeles – odpowiedziała krótko i na temat. Po chwili przypomniała sobie o sprytnym wyminięciu pytania.  – Poza tym… – nie dokończyła. Do jej uszu dobiegły odgłosy wchodzących na klif dziewcząt. Kolejne? No pięknie. Okulary przeciwsłoneczne – jak dotąd spoczywające na głowie -  zsunęła na oczy. Postanowiła nie wdawać się w niepotrzebne dyskusje. Albo przynajmniej poczekać… ocenić sytuację. W ogóle ich nie znała; od czasu przyjazdu przebywała w domku, czasem wyszła na zewnątrz, ale nic więcej. Nic dziwnego, że nie zdołała żadnej poznać.
Alice postanowiła przerwać ciszę. Anabelle spojrzała na dziewczynę, do której ta się odezwała. Jak się okazało – Adelaide. Czyli Alice jąznała… W dodatku wykrzywiła usta w słodkim – zastanawiała się, czy prawdziwym – uśmiechu. Ilekroć próbowała wyrobić sobie o niej opinię sympatycznej lasi znikąd… coś zaczynało jej nie pasować. No cóż. Dopiero ją poznała…
Powrót do góry Go down
POMOC MISTRZA GRY
avatar
- Dziwię się. - powiedziała schylając się po jakiś kolorowy kamyczek, osiadły przypadkowo na skale klifu. Może zrzucił go tu wredny ptak? Schowawszy zdobycz do kieszeni czarnych, krótkich spodenek, spojrzała na Dianę. - Że tobie się chciało. Ale też się cieszę. - Ostatnie zdanie powiedziała tak, jakby komentowała zawody szachowe.
Addy może nie doceniała potęgi przyjaźni, czy innego typu gówna pompowanego w mediach w ramach dobrego wychowania. Dlatego właśnie nie mogła zrozumieć dlaczego zdecydowała się całą rodziną przybyć do Twain Harte. Nie przyjmowała tego nawet w podobnych kategoriach.
Wspiąwszy się na górę dostrzegła nie tylko Alice, ale również inną, nieznaną sobie dziewczynę. Mierzyły się wzrokiem, choć nie było w tym skrzyżowaniu spojrzeń czegoś nagannego. Przynajmniej ze strony Adelaide, która dopiero po chwili zwróciła uwagę na wpół nadąsaną, wpół uradowaną Alice.
- Może najpierw skoczysz? - zaproponowała unosząc brew z prowokującym uśmiechem na ustach. Mierzyła się z zamiarem przypadkowego wyrzucenia kremu prosto w czerniejącą toń jeziora. Koniec końców, lawirując między dziewczętami zrzuciła krem na brzuch Alice.
- No chyba, że się boisz. - Ściągnęła szorty. Obok nich leżały już koszula i bluzka. Zerknęła przez ramię.
- Nie przedstawisz nas, Alice? - Nie mogła wiedzieć, ze to dziwny przypadek i dzierlatki się nie znają. Zapytała z czystej, no może trochę przybrudzonej, przyzwoitości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t85-adelaide-belardo
POMOC MISTRZA GRY
avatar
Alice była specyficzną osobowością i albo się ją lubiło, albo nienawidziło. Nic pomiędzy. W jakiś sposób zaskarbiła sobie sympatię panny Belardo, którą poznała z dwa lata temu w chwili kiedy po raz pierwszy odwiedziła Twain Harte.
Jej ojciec był nawet, nawet. Z tego co Maxwell wywęszyła to w rodzinie małej Ady wiele się działo, a Pan Belardo to niezłe ziółko. Skrzywiła się gdy krem wylądował na brzuchu co przez chwilę przemknęło po jej twarzy, nie zrezygnowała jednak z uśmiechu. Tania zagrywka Addy nie zrobiła na niej należytego wrażenia. Nie bała się skoków, mało to razy już dawała nura w czystą taflę wody?
- Poznajcie się, Los Angeles - spojrzała na Anę z niezawodnym urokiem - Adelaide. Jej tata jest tutaj szeryfem. Skaczesz Belardo? Jestem ciekawa czy będziesz w tym tak dobra jak Pan Szeryf. - podciągnęła kącik ust w górę, wstając. Zaprezentowała przy tym nienaganną sylwetkę. Aluzje do ojca nastolatki nie były przypadkowe, tylko co miało to wnieść do rozmowy? Nacisnęła tubkę i zaczęła rozsmarowywać krem na swoim ciele.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t79-npc-alice-maxwell#144
Gość
Gość
Kompletnie zapomniała się przedstawić. Cóż, po prostu zdezorientowało ją przybycie dwóch innych osób. Spojrzała najpierw na Alice, a potem na Adelaide. Posłała jej krótki uśmiech.
- Anabelle - rzuciła. Jak pięknie, prawda? Kulturalnie.
Początkowo nie chciała moczyć włosów. Nie zamierzała też leżeć bezczynnie i wpatrywać się w trzy towarzyszki. Po prostu musiała coś zrobić. A najrozsądniejszym rozwiązaniem wydawało się skoczenie do wody. W przeciwieństwie do większości koleżanek(swoich) z Los Angeles potrafiła pływać. Niegdyś często chodziła na basen, nie pisała sobie zwolnień z wychowania fizycznego. Bo po co?
- Pieprzyć to – powiedziała tylko. W przeciwieństwie do Alice, Anabelle użyła kremu jeszcze przed jej przybyciem. Bateson wstała, zrzuciła okulary na ręcznik i ruszyła w kierunku końca klifu. Westchnęła przez chwilę wpatrując się w wodę. Miała tylko nadzieję, że nie ma tam żadnych korzeni, czegokolwiek… Wzruszyła ramionami skacząc – może nie spektakularnie – do wody. Przed głośnym pluskiem zdążyła zamknąć oczy.

Wynurzyła się stosunkowo szybko. Gdyby którejś z towarzyszek przyszło na myśl skoczenie za nią natychmiast odpłynęłaby na bok. Ażeby nic się nie stało.
Powrót do góry Go down
POMOC MISTRZA GRY
avatar
W matni sielankowego wypoczynku, bezkresnego nic nie robienia, obok ojca, który próbuje udawać, że wszystko u niego w porządku, znajomość z Alice była dla Ady naturalną przystanią. Część jej wtrąceń i perspektyw, mimo niegasnącej uwagi, puszczała mimo uszu.
Obdarzyła Los Angeles kolejnym z nic nie znaczących spojrzeń z tlącym się w kącikach ust uśmiechem ostatniej uprzejmości. Tylko dlatego, że Alice była dla niej w pewien sposób niemiła. Nie uznawała za stosowne przedstawiać swojej przyjaciółki, Diany, która pewnie dojdzie do wniosku, że zrobi to sama kiedy Maxwell zamknie jadaczkę.
- Tak myślałam. – powiedziała wracając do miejscowej. Podtrzymała wzrok, mieszankę młodzieńczej butności i nonszalanckiej obojętności. Zaśmiała się szczerze i krótko widząc jak Anabelle decyduje się na niedługi rozbieg i skok. Kilka sekund później kilka chlupnięć oznaczających w pierwszej fazie zderzenie z taflą i wynurzenie.
- Nie umiem pływać. – wzruszyła ramionami z miną pustej lali. Pozbawiając się najdrobniejszej myśli o strachu przed tym co zaraz mogło ją spotkać, ruszyła na brzeg gładkiej i ostrej falezy. Skoczyła.
Pierwsze parę sekund były niesamowite. Nie mogła wydobyć z siebie głosu, choć jej wyczyn nie był bezwolny i pozbawiony koordynacji. Woda wcale ją nie obudziła. Wcale nie przywołała rozsądku, nie zmusiła mięśni do pracy, kiedy umysł jeszcze myślał o tym co stało się wcześniej. O ryzyku i wolności, pozbawionych niepewności i strachu.
Mogło jej się zdawać, mogła też później myśleć o tym w ten sposób, że z każdym kolejnym odbiciem serca, które słyszała wtedy wyraźnie, powracała rzeczywistość.
Panika. Szeroko otwarte oczy. Zwarta bryła, w którą się zamieniła zaczęła napełniać się strachem. Chaos walczył z buzującą wciąż w jej żyłach adrenaliną. Ona najzwyczajniej w świecie nie potrafiła pływać. Może po prostu się bała?
Mówiąc skrótem, Ada dała pokaz jak zdrowo może być popierdolona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t85-adelaide-belardo
POMOC MISTRZA GRY
avatar
Jakże pięknie się złożyło. Alice, Adelaide, Anabelle i nieobecna duchem Diana. Psuła szyk, psuła. Może wymyślą dla niej lepsze imię? Anna, Abigail, Aronia? Nieważne. Teraz należało podciąć skrzydła Belardo, która nabierała niezdrowej śmiałości. Wdzięczna była Los Angeles za odezwę, nie było nic gorszego w towarzystwie jak stanie jak słup soli. Nie były chyba aż tak onieśmielające, prawda? Maxwell wyczuwała w nowopoznanej dziewczynie spory potencjał.
Z uznaniem patrzyła jak ta podchodzi do krawędzi, a potem skacze. No, no. Za ten piękny skok to i dałaby dziesięć punktów. Zaklaskała spoglądając na Dianę i Adelaide, przy czym przy ostatniej nieco zmrużyła oczy. Co ta mieściura kombinuje? zastanawiała się gotując na ewentualną obronę przed zepchnięciem do wody.  Niestety tym razem nie będzie szczypania cycków, ani okładania się dłońmi. Beznamiętnie zaskoczona patrzyła jak córka szeryfa deklamuje swoją niezdolność do pływania, a następnie skacze. Z ciekawości ruszyła za nią, zobaczyć jak sobie radzi.
- BELARDO! - wrzasnęła pomocnie, bo nigdzie Ady nie widziała. - KRETYNKO! - Maxwell prychnęła w świętym oburzeniu. Zdjęła klapeczki i to co miała na sobie po czym rzuciła się do wody na szczupaczka w okularach przeciwsłonecznych. Belardo jej odkupi. Jak nie ten topielec to tatusiek. Chłodna woda przyjemnie omiotła zgrzane ciało, wynurzyła się, aby namierzyć koleżankę. Z pomocą Anabellle, lub samej próbowała wyciągnąć Adelaide na powierzchnie, ale wiadomo jak to z tymi co się topią - ciągną cię na dno.
- POMOCY! - wrzasnęła ile sił miała, a trzeba było przyznać, że głos jak dzwon. Gdy chciała. Gdzie są ci ratownicy, gdy ich trzeba? Ta chudodupa Watson na przykład? - pomyślała zgryźliwie Maxwell czując jak ktoś ściska jej cycka ramię.


/ - przenosimy się tu ->> PLAŻA
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t79-npc-alice-maxwell#144
Rudzielec pp wdrapaniu na samą górę był lekko zaziajany. I po co ona się tu w sumie pakowała? Popatrzyła się z lekką rezerwą na dwie panny, które już tu na szczycie były. Nie fajnie, jakoś nie miała ochoty na nowe znajomości. Żuła beznamiętnie gumę, aż w końcu sama się odezwała.
- Diana jestem. - rzuciła torbę i ręcznik na ziemię i ściągnęła ciuchy, pokazując kolorowy strój kąpielowy.
- Nie chrzań głupot tylko skacz. - wręcz pomagała Adę, nieświadoma tego co się zaraz stanie i skoczyła parę sekund po niej. Szalona ruda pływać umiała i tuż po wynurzeniu usłyszała darcie się Alice.
- Co? - rozejrzała się dookoła. - Ada!

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t102-diana-lockwood
Sponsored content
Powrót do góry Go down
 
Klif nad jeziorem
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Don't look back. :: Okolice-