IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Przystań

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
NARRATOR
avatar


   
   
Przystań

   


Przystań dla małych i średnich łodzi.
 Błąka się po niej kilkoro Zarażonych a część porzuconych łodzi zajmuje miejsca najbliższe promenadzie, która ciągnie się między przystaniami a pierwszymi budynkami.

WILDBIRD
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Z czasem, kiedy przyszło im się otrząsnąć po stracie dziecka, Fairy udało się wyciągnąć od Jane coś więcej na temat tych nieszczęsnych bombardowań, nie mówiąc już o tym, że udało jej się wyciągnąć nadmiar ptasie kupy z włosów, zaległa gdzieś w kącie i ucięła sobie drzemkę. Pewnie wcale nie chciała jej sobie ucinać, ale zmęczenie było silniejsze od jej woli, a co za tym idzie - nie miała zbyt wiele do gadania. Sen miała jednak lekki i przybicie do przystani, które zakłóciło miarowe kołysanie się łodzi, od razu ją rozbudziło. Po wyjściu na pokład utkwiła wzrok w kierunku lądu, próbując dojrzeć... Właściwie cokolwiek. Znowu popieprzeni kanibale, przynajmniej takie odnosiła wrażenie, bo każdy chodził w ten charakterystyczny dla nich sposób. Nie dostrzegła nic poza tym, cisza przerywana była tylko pluskiem fal i wydawanymi przez nich odgłosami.
- Musimy wyjść na ląd, prawda? - spytała niepewnie, bo jednak na łodzi czuła się znacznie bezpieczniej, ale jakby nie spojrzeć, nie mieli ani jedzenia, ani właściwie niczego. Nie mogą tu tkwić przecież wiecznie. A może w przystani ktoś się zabarykadował i będzie mógł im pomóc, albo przynajmniej znajdą jakieś zapasy, jeśli domownicy już zmienili główny obiekt swojej diety na ludzkie mięso. Chyba nie palili się do smarowania go konfiturą. A Fairy na myśl o konfiturze głośno zaburczało w brzuchu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t114-fairy-davidson#346
Lenny ożywił się w momencie kiedy pojawiło się przed nimi San Francisco. Miasto w którym się urodził. Znał je więc i nie zamierzał próżnować. Podczas płynięcia i uspokojeniu ducha widząc Sophie całą i zdrową, poprzeglądał raz jeszcze rzeczy w torbie. Musieli poprzegrupować rzeczy, aby było im łatwiej poruszać się po mieście. Jeśli o ile inni tak zdecydują. Belardo nie zamierzał ukrywać swojego celu.
- Pochodzę z San Francisco i zamierzam udać się do swojego domu. Być może moja żona wraz z synem tam są... Liczę, że Adelaide będzie tam zmierzała. Cokolwiek postanowicie to mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. - mówił patrząc na wszystkich, w szczególności na Sophie z małą Molly.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t65-npc-lenny-belardo
STOCKTON
avatar
Sytuacja z każdą chwilą stawała się coraz bardziej beznadziejna. Mimo wszystko, starała się do czegoś przydać, więc wieści o bombardowaniach padły z jej ust. Gdyby tego nie zrobiła, mogłaby zachować w tajemnicy to, że o tym jednak wiedziała, ale nie chciała tak postępować. Czuła dziwną potrzebę szczerości, szczególnie w tym momencie. Jak na ironię, oberwała ptasim pociskiem. A raczej jego resztkami. To Fairy oberwała najbardziej. Na szczęście, nie znalazła się sama w tej żenującej sytuacji. To już u nich rodzinne. Jane nie miała nawet siły na jakąkolwiek reakcję. Zawiesiła odrobinę nieobecny wzrok na śmiejącej się kuzynce i westchnęła ostentacyjnie, chcąc osunąć się na kolana i ponownie zapaść w sen. Tym razem wieczny. Jednak zamiast tego ogarnęła wzrokiem wnętrze łodzi, starając się znaleźć coś, za pomocą czego mogłaby się pozbyć paskudztwa z włosów. Wyglądała na jeszcze bardziej zrezygnowaną, niż wcześniej. Nawet nie wiedziała z kim powinna gadać, w celu ustalenia jakiegoś przejrzystego planu.
Ranek upłynął w milczącej atmosferze. Najwyraźniej wszyscy postanowili mieć w dupie wieści o militarnym ataku na San Francisco i płynęli tam, mimo to. Jeszcze raz – kto nimi w ogóle dowodził?
Dopiero, gdy na horyzoncie pojawiły się miejskie zabudowania, podeszła do burty i zmrużyła oczy. Wszystko fajnie, ale przecież w każdym momencie na miasto mogą spaść bomby. Nie przyjechali tutaj na wakacje, heloł!
- Popieprzyło was - stwierdziła, patrząc szeryfa, gdy ten wyjawił swój samobójczy plan, zatrzymując wzrok również na kuzynce. - Lada moment coś może spaść nam na głowy i zrobić z nas krwawą miazgę… - miała zamiar kontynuować, ale ostatecznie pokręciła głową i prychnęła pod nosem - A z resztą, róbcie co chcecie. I tak w końcu kopniemy w kalendarz.
 Odeszła na bok, żeby sprawdzić zapasy i upewnić się, na ile im wystarczą, jeśli będą nimi odpowiednio rozporządzać. Wyjście do miasta jest kompletną głupotą, chyba, że posiadali cały asortyment broni, wtedy droga wolna! Jeśli już, Jane zdecydowałaby się zerknąć na najbliższe sklepy i budynki obok przystani. Chętnie sprawdziłaby tę płytę CD, ale skąd ona do cholery wytrzaśnie DVD czy inny laptop? Na razie pozostawało jej jedynie pilnowanie tej jakże tajemniczej zdobyczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t122-jane-ryder
Dopłynięcie do portu wcale nie sprawiło, że Virginia poczuła się lepiej. Ale musiała, musiała nawet wcześniej zetrzeć ścieżki łez z twarzy, wdziać na nią wyuczony, blady uśmiech osoby, która wiele złego już widziała (choć ostatnie tygodnie przekonały ją, że niewiele jednak widziała), po czym z kocem czy ręcznikiem wyjść na pokład i wesprzeć Sophie, która przecież musiała być w gorszym jeszcze szoku. No i musiała się ogarnąć, bo Jackie.
Siedziała zapewne z córką ściśnięta na ławce na pokładzie, przenosząc spojrzenie z osoby na osobę. Faktycznie, port wydawał się opustoszały, poza ludźmi skażonymi epidemią.
Obwieszczenie Belardo sprawiło, że wnętrzności ściągnęły jej się w kłębek. Ona była teraz znacznie dalej od Sacramento, niż gdy byli w Stockton. A pragnęła, tak samo jak Lenny, dotrzeć do domu, z nadzieją, że zastanie tam męża i syna.
Słowa Jane nie były wcale lepsze.
- Jak to, coś może nam spaść na głowy? - spytała, marszcząc brwi. Zacisnęła nerwowo usta, ściskając mocniej dłoń córki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t127-virginia-ward
Odąd wylazła z wody i usiadła w jednym miejscu, tak po prostu już siedziała. Nie ruszyła się i nie odezwała nawet wtedy, gdy przed oczami pojawiła się przystań i miasto. Krótko tylko spojrzała na Ginny, odbierając ręcznik.
Ignorowała wszelkie rozmowy i tylko małej Mollu udało się zwrócić na siebie uwagę Watson, gdy zmęczona postanowiła ułożyć się na jej kolanach. Sophie przygarnęła dziecko do siebie i głaszcząc po włoskach, patrzyła jak śpi.
W końcu jednak blondynka podniosła głowę, słysząc stwierdzenie Belardo. Naprawdę chciał się teraz rozdzielać?
Popatrzyła na niego z żalem, ale przecież nie miała prawa zatrzymywać. Nie czuła się również upoważniona do towarzyszenia szeryfowi, skoro zabrzmiał, jakby się żegnał.
- Na łodzi jest bezpieczniej.
O ile nie jesteś małą dziewczynką i łódź nie płynie. Sophie zerknęła na Molly, która się przebudziła i podniosła się, gdy dziecko usiadło obok i zapytało o coś do jedzenia.
- Co mamy?
Sophie spojrzała na Jane, niemo prosząc ją o znalezienie czegoś dla pięciolatki. Sama zaś podeszła bliżej Belardo i spojrzała na niego pytająco.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t51-npc-sophie-watson
Okej, mogła przytaknąć Jane - popieprzyło ich wszystkich, ale Fairy właśnie dlatego nie wyskakiwała z łodzi jak głupia, bo zwyczajnie nie wiedziała, co teraz powinni zrobić. Spytała, po prostu, tak? Ale jak się okazuje, nikt nie miał chyba odpowiedniej odpowiedzi. Równie dobrze, mogli płynąć dalej, ale dokąd? Jak długo? Zbyt wiele osób na zbyt niewiele metrów kwadratowych, bez jedzenia pozjadają w końcu siebie nawzajem.
Co by jednak nie było, słowa pana szeryfa wcale jej nie ucieszyły, wręcz przeciwnie, tylko się zirytowała. Bo serio, tylko tyle miał im do powiedzenia.
- O to ci chodziło, wykorzystałeś nas, żeby się tu dostać, a teraz rzucasz wszystko i uważasz, że żadna odpowiedzialność ciebie nie dotyczy?! Myślisz, że jesteśmy twoimi bodyguardami czy czym? Może po prostu mięsem, które w razie konieczności mogłeś rzucić po to, żeby odwrócić od siebie uwagę? Wszyscy mamy cholerne rodziny, też bym chciała do nich popłynąć, ale każdy miał to w dupie, bo ty musiałeś się dostać do domu, tak?! Kurwa, od początku wiedziałam, żeby ci nie ufać, ale nie spodziewałabym się, że można być takim dupkiem i egoistą - naskoczyła na niego, bo zmęczenie, głód, stres i wszystko inne zrobiło swoje. Jeszcze w trakcie ucieczki z Twain Harte coś jej nie pasowało w Belardo, no i proszę, szydło wyszło z worka. Pewnie obrzuciłaby go jeszcze kilkoma przyjemniejszymi epitetami, gdyby nie zaschło jej w gardle, ba, może gdyby nie ludzie pomiędzy nimi, rzuciłaby się na niego z pięściami. Miała na to ochotę i nie obchodziło jej, że była od niego dwa razy mniejsza i mógł ją strącić z siebie niczym komara. Była wściekła, a on sam się podstawił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t114-fairy-davidson#346
Gość
Gość
Nie mogła uwierzyć, że Cherry nie żyje. Pewnie gdyby Jackie nie wyciągnęła jej wtedy z tego tłumu, to dziewczyna ciągle by żyła. Przecież jeszcze kilka godzin wcześniej wszystko było z nią w porządku, nie wyglądała jakby miała nagle umrzeć. Normalnie zadzwoniliby po policje, zawiadomili jej rodzinę... A teraz jej ciało pływało gdzieś w morzu, bez pogrzebu, bez niczego. Dziewczynka obiecała sobie, że po tym wszystkim zajmie się tym, ale zdała sobie sprawę, że tak samo było z Walkerami. Im też miała później pomóc, a na koniec i tak nic nie zrobiła. 
Nie mogła teraz o tym myśleć. Założyła słuchawki, puściła muzykę i otworzyła swój atlas. Musieli jakoś dojechać do Sacramento, do Briana i taty, znaleźć bezpieczne miejsce i coś do jedzenia. To nie tak dużo, prawda? 
Dobili do brzegu. Rozumiała pana Belardo, pewnie na jego miejscu zrobiłaby dokładnie to samo. Dlaczego to dorośli zachowywali się jak dzieci i musieli to wszystko komplikować?
- Hej, nie kłóćcie się! - zawołała, pewnie zwracają na siebie uwagę pierwszy raz od kilku godzin. - Jesteśmy głodni, potrzebujemy wody i pewnie jeszcze paliwa do łodzi. Skoro z jakiegoś powodu nie możemy zatrzymać się w San Francisco, to musimy jak najszybciej płynąć na północ i nie mamy czasu na kłótnie. - Odwróciła się do szeryfa. - Zostajesz czy chcesz tam iść sam?
Dla zmęczonej Jackie sytuacja była prosta. Nie miała czasu ani ochoty przejmować się tym dlaczego San Francisco ma im się zwalić na głowy, wolała zająć się zająć tym na co ma jakiś wpływ. Skoro żaden z dorosłych nie miał zamiaru przejmować się realnymi problemami, to ona musiała trzeźwo myśleć.
Powrót do góry Go down
Przy opuszczaniu Twain Harte, Lenny myślał o San Francisco. To naturalne, że człowiek zmierza w rodzinne strony w obliczu zagrożenia. W końcu niczego grupie nie obiecywał. W Stockton mieli uzyskać pomoc, gdzie każdy rozjechałby się w swoje strony. Dlatego też nie rozumiał pretensji skierowanych właśnie do niego.
- Jakbyś nie zauważyła to twój dobry kolega O.J sterował łodzią. Równie dobrze mogliśmy wypłynąć w pobliżu Sacramento. - zauważył i uważał temat za zamknięty. Była ważniejsza kwestia do poruszenia. Po lakonicznym stwierdzeniu Jane domyślił się o czym mówiła. Spojrzał na zegarek.
- Mamy niewiele czasu. W torbie znajdziecie same przydatne rzeczy. Co lekkie dajcie Jackie. - zadecydował po raz ostatni podsuwając torbę Virginii, którą uważał za najbardziej rozsądną i opanowaną. Poradzą sobie. Uśmiechnął się do młodej Ward. Po raz kolejny dwunastolatka wykazała się swoim intelektem oraz empatią.
- Pójdę sam. Muszę ją odnaleźć. - powinni to zrozumieć. - Skoro podjęto decyzje o nalocie na miasto to już za niedługo... - trudno było w to uwierzyć, a z drugiej strony to było wojsko. I rząd.
- Sophie... - skierował się do blondynki, odsuwając ich nieco od reszty dla niewielkiej prywatności. Wyciągnął rękę po jej dłoń by schować w niej swoją odznakę szeryfa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t65-npc-lenny-belardo
Czuła się zgaszona, zmęczona i obojętna. Dlatego gdy Fairy naskoczyła na Belardo, a Jackie dorzuciła swoje trzy grosze, zamknęła oczy i odczekała póki podniesione głosy nie przestały w nią uderzać.
Jak wiele by ich miało nie być, nie odezwała się, mając żołądek skręcony z głodu i stresu. Chciało jej się płakać, ale zaciskała zęby, by ani gniewem, ani szlochem nie reagować na sytuacje w której się znaleźli.
Oczy otworzyła dopiero, gdy usłyszała swe imię. Odsuwając się od reszty, w ślad za Belardo, spojrzała na niego i kiwnęła głową. Rozumiała co musi zrobić. Rodzina była najważniejsza.
- Znajdź ją.
Czując gest i zerkając na gwiazdę, poczuła wzruszenie. Lenny mógł je zauważyć w oczach Sophie, gdy spojrzała na niego ponownie. Uśmiechnęła się blado i przytuliła do mężczyzny na pożegnanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t51-npc-sophie-watson
STOCKTON
avatar
Okazało się, że zapasy, których wypatrywała, znajdowały się pod ręką szeryfa. Słysząc pytanie Virginii, przeniosła na nią wzrok. Nie było sensu dalej szeptać o operacjach wojskowych za plecami reszty towarzyszy. Od tego tak naprawdę zależały ich dalsze plany.
- San Francisco powinno zostać zbombardowane dzisiaj, według dokumentów, na które natknęłyśmy się w ratuszu - spojrzała odruchowo w kierunku Sophie. Miała zamiar powiedzieć jej o tym, gdy znalazła pliki, ale nie zdążyła, bo sytuacja w Stockton zmusiła je do ucieczki.
- Sacramento i Los Angeles również - dodała jeszcze, patrząc na resztę towarzystwa.
Mogli mieć tam rodziny. Chyba lepiej jest im powiedzieć teraz, niż żeby później zastała ich nieprzyjemna niespodzianka. Jej rodzina nadal mieszkała w Santa Rosa, ale przyjaciele z Los Angeles znaleźli się w poważnych tarapatach. Zaczęła powoli oswajać się z myślą, że już ich nie zobaczy. Nie było to łatwe, ale lepiej przyzwyczajać się do takich zwrotów akcji. Dookoła panowała epidemia, ludzie zjadali się żywcem. Koniec świata.
Spojrzała niepewnie na Fairy, kiedy ta podniosła głos. Grupowe sprzeczki, to ostatnie, czego im było teraz potrzeba. Nieuważnie zwrócą na siebie uwagę Zarażonych i Bóg wie kogo jeszcze. Nie wiadomo, czy w innych łodziach ktoś się nie ukrywał i nie odstrzeli im teraz głów. Cóż, mleko zostało rozlane.
- Fairy, spokojnie - zwróciła się do kuzynki, zatrzymując się gdzieś obok niej. - Niech idzie, jeśli chce.
Przecież nie będą nikogo trzymać tutaj na siłę. Z resztą, im więcej osób zostanie na łodzi, tym więcej zapasów w postaci racji żywnościowych, wykorzystają. Powinni się przynajmniej podzielić tym, co mają, skoro część osób chciała się rozdzielić. Spojrzała odruchowo na torbę, którą Lenny przekazał Virginii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t122-jane-ryder
Nie nie nie, to wszystko miało być nie tak. Najpierw Belardo mówił, ze mają się nie rozdzielać, teraz, że wypierdala sam w siną dal, a wszyscy szli mu na rękę. Zresztą, może to faktycznie lepiej, jeśli się od nich odczepi i przestanie się rządzić? Chyba tylko ta myśl powstrzymała Fairy przed tym, aby znów naskoczyć w desperackiej próbie nie wiadomo właściwie, czego. Nie miała nawet pojęcia, co chciała osiągnąć, po prostu czuła potrzebę krzyczenia, tak? Tak. Nieważne, że to nikomu na dobre nie wychodziło, a już na pewno nie jej.
- Łatwo ci mówić, skoro masz przy sobie matkę. Ja nawet nie wiem, czy moja jeszcze żyje, czy może nie pożarły jej te potwory - prychnęła tylko w kierunku Jackie, jak się okazuje, chyba każdemu była w stanie wyrzucić teraz cokolwiek, bez żadnego konkretnego powodu. Patetyczne sceny pomiędzy szeryfem i blondyną też doprowadzały ją do szału. Wszystko doprowadzało ją do szału. - To po co się tu zatrzymaliśmy? Centrum bombardowania chyba nie jest najbezpieczniejszym miejscem, tak? - wyrzuciła ręce w powietrze, bo kompletnie tego nie rozumiała. Chodziło o to, żeby szeryf mógł sobie wyskoczyć, tak po prostu? Czy może to jakaś desperacka próba samobójcza? Ona nie chciała jeszcze umierać, nie ważne, jak by się cały ten świat nie popieprzył.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t114-fairy-davidson#346
Przycisnęła palce do skroni i przymkneła oczy. Wspaniale. Sytuacja i bez wrzasków była raczej patowa. Fairy swoim zachowaniem zdecydowanie ją zirytowała, szczególnie, gdy naskoczyła na Jackie.
- Uspokój się! - wysyczała, mrużąc oczy. - Tak, wszyscy mamy cholerne rodziny, więc nie ty jedna boisz się o ich życie! Twoje krzyki tylko nam zaszkodzą - dodała, na koniec wciągając ze świstem powietrze. Wiele jej to jednak nie pomogło, nie po rewelacji, jaką sprzedała im Jane.
- Zbom-zbombardowane? San Francisco? Sacramento? - powtórzyła, czując, jak robi jej się słabo. Puściła dłoń córki i schyliła do torby podanej przez Belardo. W jednej chwili zapragnęła, żeby mąż i syn nigdy nie dotarli tak daleko. Może nie opuścili nawet Santa Barbara, a jeśli nawet, może zostali skierowani do Los Angeles, a nie na północ. Skoro ona nie była w stanie dotrzeć do Sacramento, mając stosunkowo bliżej, oni tym bardziej by tam nie dojechali.
Po przejrzeniu zawartości torby uznała, że nie ma pojęcia jak mają to rozdzielić. Wszyscy byli głodni, więc tak naprawdę mogliby teraz wszystko wyciągnąć i zjeść. I tak było za mało dla tylu osób.
- Potrzebujemy więcej jedzenia. Wody. Paliwa, jeśli chcemy dalej płynąć. Tylko gdzie płynąć? Albo gdzie jechać? Czy ktokolwiek słyszał o innych bezpiecznych strefach? I na ile można liczyć, że faktycznie są bezpieczne...
Spojrzała na Jackie wymownie, bo w pierwszej kolejności musiały ustalić we dwie, co dalej. W obliczu najnowszej wiadomości podróż do Sacramento wydawała się nierozsądna. Może lepiej byłoby skierować się autostradą na południe? Virginia miała ochotę znowu się zapłakać. Gdyby chociaż była pewna, że reszta rodziny jest w jakimś konkretnym miejscu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t127-virginia-ward
Gość
Gość
Dziewczynka skinęła głową słysząc odpowiedź pana Belardo. Dziwnie się z tym wszystkim czuła, chyba po prostu nie spodziewała się, że w tej sytuacji ktoś jej posłucha. I w sumie do końca jej nie posłuchali, bo Fairy i tak się chciała kłócić.
Kilka sekund później to i tak nie miało znaczenia. Kiedy Jackie dowiedziała się że jej dom zostanie zbombardowany, nagle przestało się liczyć to że jest głodna, zmęczona i nikt na łódce nie może się dogadać. Pomyślała o wszystkich swoich przyjaciółkach, Betty, która pierwsza pomagała jej rozwieszać plakaty w całej szkole, Katy, która zawsze nosiła im dodatkowe jabłka i nawet o Jane, która wszędzie za nimi chodziła. Miały spędzić lipiec w mieście. Pomyślała o swojej szkole, wszystkich miejscach do których chodziła i o miłej pani z Walmarta. Na pewno nie zdążą tam dopłynąć. Tata i Brian na pewno już tam wrócili. Gdzie mieli być, jak nie w Sacramento? 
Koniec. Wszystko na nic, plany, plakaty. Ze złością starła łzy. Nie chciała płakać przy innych. Co miała teraz zrobić? Nie mogła wrócić do domu, nie było żadnej bezpiecznej strefy, nie miała kogo... kogo szukać.
Musieli wrócić do domu. Na pewno też tam jechali. Mieli samochód, mogli się nie zatrzymywać nigdzie po drodze. Minął tydzień, na pewno zdążyli tam dojechać. Im został tylko jeden dzień. Jak mają tam dopłynąć i ich znaleźć? Nie zdążą. Oni tam zginą. Nie tylko Brian i tata, wszyscy których Jackie znała.
Nie mogła teraz o tym myśleć, musiała pomóc wymyślić, co mają teraz zrobić. Jeszcze raz starła ręką łzy, wyciągnęła swój atlas i otworzyła go na dobrej mapie. 
- My-myślałam że popłyniemy na południowy wschód, zanim to wszystko... - Zauważyła, że zostawia mokre plamy łez na mapie. Okropnie ją to zezłościło, ale jakimś cudem przez to chciało jej się jeszcze bardziej płakać.
Powrót do góry Go down
Pożegnanie było konieczne i smutne. Widząc spojrzenie Sophie przez chwilę się wahał ale myśl o Adelaide i żonie sprawiała, że niecierpliwie spojrzał w stronę gdzie znajdował się jego dom. Czekała go długa przeprawa, nie dopuszczał do siebie myśli negatywnych - mógł nie dojść w ogóle do celu, mógł nie zdążyć i zginąć od pożogi jakie zgotuje nalot. Przytulił Sophie mocno i długo by na koniec ucałować jej policzek i spojrzeć po raz ostatni w błękitne oczy.
- Zaopiekuj się Molly.
Pożegnał się z pozostałymi, pozostawiając im ostatnie kwestie dalszych kroków. Jedno wiedzieli na pewno - nie mogli pozostać w tym samym miejscu. Niedługo potem widzieli już jedynie oddalającą się sylwetkę Belardo.


z.t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t65-npc-lenny-belardo
STOCKTON
avatar
Reakcja Fairy wcale nie im nie pomagała. Belardo, motywowany własnym interesem, ściągnął ich w miejsce narażone na bombardowanie, a później dał nogę. Zdarza się. Podczas apokalipsy egoistów jest przecież najwięcej. Czy Fairy myślała, że szeryf będzie ich rycerzem w lśniącej zbroi na posyłki? To tak nie działało.
- Musimy uzupełnić zapasy - mruknęła jedynie do kuzynki, dając jej do zrozumienia, że nie powinna dalej prowokować innych członków załogi. Mogliby stąd odpłynąć w nieznane, ale kto im zagwarantuje to, że nie wpakują się po drodze w tarapaty, bez jedzenia i broni? Było południe, a z tego, co było jej wiadomo, nalot zaplanowano na ranek. Czyżby już było po wszystkim? Może wcale do niego nie doszło? Mnóstwo myśli kłębiło się w jej głowie. Chciała tylko cokolwiek zejść, zaspokoić głód i przejść do konkretów.
Widząc reakcję Jackie i jej matki, pożałowała przez moment, że tak bezpośrednio poinformowała je o nalotach. Z drugiej strony, to chyba dobrze. Przynajmniej wiedziały, żeby trzymać się przez jakiś czas z dala od pewnych miejsc. Może później, gdy sytuacja się uspokoi, będą mogli postawić nogę w rodzinnych miastach – Jane w Los Angeles lub Santa Rosa. O ile ten koszmar w ogóle się skończy, a Zarażeni nie zamienią wszystkich ludzi w żywe trupy.
Virginia miała rację, w tym momencie pozostawało im rozejrzeć się za wodą, jedzeniem, paliwem i innymi potrzebnymi drobiazgami. Powinni jak najszybciej wynieść się z tego miasta, żeby nie dołączyć zbyt szybko do grona sztywnych.
- Myślicie, że rozejrzenie się po innych łodziach to dobry pomysł? - spojrzała na Virginię, na Fairy i resztę damskiej załogi. Została ich garstka, ale nikt nie powiedział, że w takim składzie nie mają większych szans na przeżycie. Każdy z nich miał prawo decydowania o swoim losie. Nikt nie trzymał szeryfa na siłę. Mimo wszystko, miała nadzieję, że więcej osób się od nich nie odłączy i będą mogli przejść do planowania kolejnych kroków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t122-jane-ryder
Zacisnęła zęby, patrząc jak Lenny odchodzi. Żałowała, że te lato nie potoczyło się inaczej. Odwracając oczy od znikającej sylwetki, spojrzała na towarzystwo, nie mając ochoty wtrącać się do głupiej słownej przepychanki.
Każdy podjął własne decyzje.
Mając na głowie zmartwienie w postaci głodnego dziecka, Sophie podeszła do Virgini.
- Wszyscy musimy coś zjeść.
Zanim w ogóle zdecydują się na kolejne kroki. Odbijać od brzegu czy na niego wychodzić. Rzucając niespokojne spojrzenie w kierunku nieba, wypatrywała samolotów, jednak późna już pora dawała nadzieję, że nic złego się nie stanie.
- Powinniśmy.
Odpowiedziała Jane i przykucnęła przy torbie, biorąc jedną porcję do ręki. Było ich cztery i chociaż każda przeznaczona dla jednej osoby, musieli się jakoś podzielić. Sophie spojrzała z dołu na najbliższe osoby. Było ich nierówno w liczbie i wieku, ale jedyna opcja przychodziła jej do głowy.
- Po jednej na parę...? Virginia i Jackie, ja i Molly, Jane i Fairy, OJ...

--------------

MG
O.J. trafia pod skrzydła MG.
Pozostaje na łodzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t51-npc-sophie-watson
Kiedy tylko zauważyła łamanie się córki, rzuciła wszystko (nie, żeby miała co rzucać, w sumie) i objęła Jackie, przyciągając ją mocniej do siebie.
- Shh - wymruczała, gładząc ją po włosach, geście który zawsze działał uspokajająco. Znad jasnej główki córki obserwowała oddalającego się pomostem Belardo. Samotna wyprawa do miasta była bardzo odważnym krokiem, biorąc pod uwagę panujące warunki.
W końcu przeniosła wzrok na Sophie, która również zakręciła się przy torbie. Przytaknęła jej kiwnięciem głowy.
- To chyba najlepsze rozwiązanie - zgodziła się. - Zjemy coś, to i lepiej będzie nam się myślało - westchnęła, sięgając do racji żywieniowych i wyciągając jeden pakunek.
- Możemy spróbować - zwróciła się do Jane. - Poza tym, w pobliżu przystani powinny być chyba jakieś sklepy? Bary? Jakieś biuro czy wypożyczalnia sprzętu. Może warto spróbować i tam?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t127-virginia-ward
Podniosła się z jedną paczką w dłoni i podeszła do Molly, która wyciszona, smutna, zmęczona i głodna, łamała serce. Biedna sierotka, zmuszona do przeżywania koszmaru, z którym nawet dorośli nie potrafili sobie poradzić. Sophie usiadła obok i otwarła paczkę, nie mając pojęcia co tam może być.
- O, jakie to będzie smaczne. Zjemy?
Wysilając się na uśmiech, postanowiła zachować pozorną pogodę ducha, by dziecko nieco się uspokoiło i mogło zjeść. Otwierając makaron w sosie, nabrała nieco na łyżeczkę i pierwsza posmakowała, robiąc minę sugerującą, że musi być to dobre.
- Mmmm.
Wydała przeciągły dźwięk i podsunęła łyżkę do ust Molly. Kolejne minuty miały upłynąć na zjedzeniu makaronu, spróbowaniu sucharów z dżemem, podzieleniu się mieszanką i batonem. Na koniec, Sophie podsunęła Molly manierkę z wodą, sama również zabijając pragnienie niewielką ilością.
W końcu była gotowa zejść z łodzi, jeśli tylko i inni zjedli a żadne bomby nie spadły im na głowę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t51-npc-sophie-watson
NARRATOR
avatar
Zanim ktokolwiek zdecydował co dalej, do uszu dobiegł charakterystyczny dźwięk maszyn, przecinających powietrze. Zbliżały się szybko, coraz głośniej, musząc zwrócić na siebie uwagę żywych i martwych. Nad głowami obecnych na przystani, przeleciały myśliwce, kierując się w stronę centrum San Francisco.
Nawet bez informacji, wydartej z ratusza, można było się domyślić co jest grane. Chwila wyczekiwania i wypatrywania ciągnęła się dłużej niż można było przypuszczać. Zrodziło się pytanie, czy rzeczywiście obecność samolotów wiąże się z destrukcją.
A może jednak nic się nie stanie..
Głośny wybuch zaskoczył, nawet tych, którzy na niego oczekiwali. Nad centrum San Francisco wzniosły się tumany kurzu a łuna ognia mocno zaznaczyła się na szarym niebie.
Samoloty zatoczyły koło nad zbombardowanym centrum i zawróciły nad przystań.

Zarażeni włóczący się po promenadzie, ruszyli za hałasem samolotów, kierując w stronę centrum, niczym ćmy do ognia. Na łodzi, oddalonej o kilka metrów, pojawili się ludzie, wpadający w panikę. Zazgrzytał silnik i łódź odbiła od przystani, tarasując drogę ucieczki grupie z kapitanem O.J. na czele.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
STOCKTON
avatar
Przytaknęła w milczeniu głową na słowa Vriginii. Każdy z nich powinien się posilić, a później przystąpią do zwiedzania przystani i innych łódek.
- Coś znajdziemy - stwierdziła z pewnością w głosie. Cześć rzeczy ze sklepów mogła być zrabowana przez szabrowników i innych ludzi, znajdujących się w podobnej sytuacji do nich. Oby jednak coś znaleźli. Dotarli już tak daleko.
Przejęła paczkę z jedzeniem i usiadła obok kuzynki.
- Wybierz sobie coś - odezwała się do Fairy, wyciągając dla siebie batonik. Miała za bardzo przykurczony żołądek, aby wcisnąć w siebie coś więcej. Oby później, po oględzinach mieli okazję na jeszcze jedną przerwę na jedzenie.
Gdy już pochłonęła połowę batona, do jej uszu dotarł odgłos silników samolotowych. Nie podobało jej się to, bardzo. Spojrzała w górę, a gdy dojrzała zamazane kształty, otworzyła szerzej oczy. Miała wrażenie, że baton za moment stanie jej w gardle. 
- Kurwa mać - zaklęła pod nosem, nie zwracając uwagi na to, że nie powinna przeklinać przy dzieciakach. To była sytuacja wyjątkowa. Może jeszcze zawrócą? Ominą San Francisco i polecą sobie dalej? Wiedziała, że to mało prawdopodobne. Widziała dokumenty na własne oczy, wszystko było napisane bardzo zrozumiale.
Kiedy ogromny tuman kurzu wzbił się w górę, wstrzymała oddech. Nie mogą tutaj zostać. Zerknęła szybko na przystań. Zarażeni kierowali się do bombardowanego centrum. Powinni stąd spadać. Przypłynięcie do San Franscico to był zły pomysł, niestety szeryf miał w dupie jej informacje. Jeśli ktoś jej wcześniej nie wierzył, teraz musiał przejrzeć na oczy. Znaleźli się w beznadziejnym położeniu.
- O.J! - krzyknęła do kapitana, mając nadzieję, że chłopakowi uda się odpalić silnik i jak najszybciej stąd odpłynąć. Niestety, jakaś ekipa od innej łódki zagrodziła im drogę.
Jane zacisnęła mocno zęby. Spojrzała na resztę towarzystwa, spodziewając się nowego planu awaryjnego, który musiał powstać już teraz, w tym momencie!
- Musimy stąd spadać - to chyba dobry plan?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://the-leftovers.forum.st/t122-jane-ryder
NARRATOR
avatar
Nie tylko centrum miało ucierpieć. Nadlatujące samoloty, miały tylko jeden cel. Zniszczyć zagrożenie. Dostrzegając takie w miejscu, gdzie znajdowały się grupy, obrały nowy cel.
Maszyny zbliżały się nieubłaganie a żadna panika i próba ucieczki, nie mogła pomóc zbiec z miejsca. Pociski zostały wystrzelone, by z powierzchni ziemi zmieść żywych i martwych.

Koniec.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content
Powrót do góry Go down
 
Przystań
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Magiczna przystań

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Don't look back. :: Port-